czwartek, 6 czerwca 2013

Rozdział 1

Mężczyzna ubrany na czarno, z czarną szmacianą maską na głowie stał właśnie przed moimi rodzicami. Nie wiedziałam, czy wyjść z ukrycia, w którym kazała mi zostać mama i na to wszystko patrzeć, czy wybiec z pomieszczenia, ale wtedy zostałabym zabita, więc od razu odrzuciłam tą myśl i siedziałam w kącie za kanapą cicho szlochając. Nie wiedziałam, co się może stać, ale bałam się o moich rodziców. Nigdy nie zauważyłam, żeby mieli oni wrogów, przecież byli bardzo przyjaznymi ludźmi, a ten pan raczej na przyjaznego nie wyglądał. Stał tam, na przeciw klęczącej mamy i leżącego taty. Stał z wyciągniętym pistoletem. Słyszałam urywki rozmów, z których nie potrafiłam nic sensownego ułożyć. Chciałabym wiedzieć o co chodzi. Chciałabym to rozumieć. Słyszałam błagania mojej mamy i jej płacz, jednak w pewnym momencie...
BANG! BANG!
Wszystko ucichło. Nie wiem, jak długo jeszcze siedziałam w tym nieszczęsnym kącie. Kilka sekund, może 5 min, pół godziny, nie wiem. Powoli odważyłam się wychylić zza kanapy. Nikogo nie było... Nie, wróć. Mój wzrok zatrzymał się na tym, co leżało na podłodze w czerwonej plamie, a raczej na tym KTO tam leżał. Mama, tata... Usłyszałam syreny policyjne, w pewnym momencie obcy ludzie wtargnęli do pomieszczenia. Pewien mężczyzna zauważył mnie, więc szybko podbiegł i wziął na ręce. Od razu zaczęto wypytywać mnie, czy nic mi nie jest, co się stało, czy coś widziałam. Nic nie odpowiedziałam. Bałam się. Nawet nie wiedziałam, czy mogę coś komuś powiedzieć. Chyba nawet nie chciałam. Chciałam jak najszybciej o tym zapomnieć...


-Dobry wieczór, Liz. Przyniosłam ci kolację. - Usłyszałam cichy głos Cassie. Cassie to moja... Hmm... przyjaciółka? Tak, to przyjaciółka. Cassie jest anorektyczką i jako jedyna ma do mnie cierpliwość. 
Tak szczerze to nawet nie zauważyłam, kiedy weszła. Nie obchodziło mnie to, jednak jestem jej wdzięczna za to, że wyrwała mnie z moich rozmyśleń. Wszystko wraca, czasami, rzadko, ale wraca. Bałam się tych momentów, nie chciałam o tym pamiętać.
-Liz, proszę, odezwij się. - Uwielbiałam ją. Mimo tego, że na początku byłam do niej wrogo nastawiona (zresztą jak do każdego) i nie chciałam za bardzo z nią rozmawiać, ona przychodziła, mówiła do mnie. Na szczęście moje podejście do niej zmieniło się bardzo szybko. Jest pierwszą osobą, na którą otworzyłam się w błyskawicznym tempie. Dzięki niej wiem o najnowszych plotkach w szpitalu.
Nie wiedziałam co odpowiedzieć, więc wysiliłam się na lekki uśmiech w jej stronę. Tylko na to było mnie niestety stać w tym momencie, ponieważ ciągle byłam w szoku przez to wspomnienie, które na nieszczęście mnie zaatakowało.
-Liz! Wiesz co? Podsłuchałam rozmowę pielęgniarek i nigdy w życiu nie zgadniesz czego się dowiedziałam! - Z zafascynowaniem Cassie zaczęła opowiadać mi o nowościach na oddziale.
Żeby dowiedzieć się czegoś więcej rzuciłam jej pytające spojrzenie, bo przecież dziewczyna sama kontynuować nie zacznie.
-A więc słyszałam, że jutro w szpitalu ma pojawić się nowy chłopak. Tak, tak, wiem, że to nie żadna nowość ani nic specjalnego, ale pielęgniarki go opisały, a z z tego wywnioskowałam, że jest on śmiertelnie przystojny! Wiesz, te stare rury się nim tak podniecały, że nie zdziwiłabym się, kiedy zauważyłabym, jak się do niego przymilają. - Zaśmiałam się na te słowa, a Cassie od razu do mnie dołączyła. Wspomniałam już, jak bardzo ją kocham? Pomaga mi zapomnieć o problemach i poprawia humor. Nie mogłam trafić na nikogo lepszego.
-Więc jak on ma na imię? - Zaczęłam niepewnie.
-Hmmm.. Nie za dobrze pamiętam, ale coś tam Bieber... - „Bieber”... Skąd ja znam to nazwisko? No daleeeej, Liz, myśl, myśl, myśl.
-Liz? Wszystko dobrze? - usłyszałam Cassie, która zaczęła się niemiłosiernie śmiać. To zapewne z mojej miny. Bardzo śmiesznie wyglądam, kiedy nad czymś się głęboko zastanawiam.
Bałam się, że Cassie zacznie wypytywać mnie o szczegóły tego, co dzieje się teraz w mojej głowie, ale na szczęście tak się nie stało. Nie chciałam jej niepotrzebnie martwić, bo mogłam usłyszeć to nazwisko wszędzie.
-Cassie! Ile razy mam ci powtarzać, że nie kontroluję mimiki swojej twarzy, kiedy myślę! - wydęłam dolną wargę i przejechałam palcem w dół od oka do policzka, na znak spływającej łzy.
-Dobrze, dobrze, przepraszam! - odpowiedziała już opanowana Cassie. W odpowiedzi uśmiechnęłam się do blondynki.
-Wiesz, Liz, pójdę już. Wpadnę po ciebie rano, żeby jak najszybciej zobaczyć tego całego Biebera. Mam nadzieję, że serio jest tak przystojny, jak opowiadały pielęgniarki, chociaż po nich można spodziewać się wszystkiego. - Zaśmiałyśmy się.
-Dobrze, dobranoc, Cass. - Dziewczyna pocałowała mnie na pożegnanie w policzek i opuściła mój pokój.
Znowu zostałam sama. Bałam się, że znowu pojawią się wspomnienia z przeszłości. Na samą myśl o tym przeszły mnie ciarki i pojawiła się gęsia skórka. Nie wiem dlaczego, ale zaczęłam płakać. Natłok emocji związanych ze śmiercią rodziców mnie przerastał. Nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Nie byłam zmęczona, więc sen nie wchodził w grę. Może żyletki? Automatycznie przeniosłam wzrok na moje nadgarstki. Nie. Nie zrobię tego. Nie tym razem. Przecież te blizny są ohydne... Nie oszpecę się bardziej. Niestety moje myśli wciąż krążyły wokół ostrego narzędzia i ciepłej, czerwonej cieczy. Mimowolnie zacisnęłam pięści tak, że paznokcie zaczęły wbijać mi się w skórę. Po chwili błyskawicznie się podniosłam, zaczęłam rzucać wszystkim, co było pod ręką, zaczęłam krzyczeć, uderzać w ściany z całych sił, jednak w pewnym momencie do pokoju wtargnęły pielęgniarki, które jak najszybciej wbiły mi igłę w ramię – zapewne z jakimś środkiem, który mógł mnie uspokoić. Zaczęłam robić się senna, opadałam z sił, a kobiety pomogły mi się przebrać i położyć do łóżka. Zasnęłam.
-I co teraz zrobisz? Nie uciekniesz, nie masz dokąd. Zginiesz tak, jak swoi rodzice. - Poczułam oddech mężczyzny na swoich ustach.
-Płacz, szmato. Zasługujesz na to. Musisz zapłacić za to, co twoi starzy zrobili mojej rodzinie! - Siedziałam w kącie w swoim pokoju w szpitalu. Siedziałam i płakałam, a ten ktoś miał z tego niezły ubaw. Zaczęłam przygotowywać się na śmierć, kiedy nagle...
-LIZ DO CHOLERY! ON JUŻ TU JEST! CHCĘ GO ZOBACZYĆ! NO WSTAAWAJ! - Usłyszałam Cass nad swoim uchem. Jezu, to był tylko sen? Kto to był? Dlaczego chciał mnie zabić? Mam dziwną wyobraźnię. Zaczęłam bać się sama siebie, poważnie.
-Już wstaję, spokojnie, złość piękności szkodzi, shawty –Poruszyłam specyficznie brwiami na co Cassie momentalnie zrobiła się czerwona ze złości, a ja tylko się zaśmiałam. Wstałam, jak najszybciej zgarnęłam ciuchy z szafy i pobiegłam do łazienki. Po 10 min byłam gotowa. Przecież nie mam dla kogo się tutaj stroić.
-Tak się spieszyłaś, a teraz sama leżysz na MOIM łóżku. - Wychodząc z łazienki, zauważyłam dziewczynę, która jak gdyby nigdy nic słuchała muzyki. Pociągnęłam ją za rękę i wypchnęłam z pokoju, chcąc jak najszybciej zobaczyć nowego. Ponoć ciekawość pierwszym stopniem do piekła, ale teraz nie poświęcenie się byłoby grzechem.
Gdzie on mógłby teraz być? Zaczęłyśmy się zastanawiać, aż zza rogu usłyszałyśmy rozmawiającą pielęgniarkę z kimś. Tak, Z KIMŚ. Poszłyśmy w ich stronę. Będąc już w miarę dobrej odległości przywitałyśmy się z kobietą i zwróciłyśmy uwagę na ktosia.
-Hej, jestem Cassie, niektórzy mówią Cass, ale mów jak uważasz – Zalotnie uśmiechnęła do chłopaka i podała mu dłoń. Chłopak lekko ją ścisnął. Teraz Cass całą uwagę poświęciła mojej skromnej osobie.
-A to jest moja przyjaciółka Liz – Niepewnie podniosłam wzrok.
Pełne, malinowe usta, zgrabny nos, czekoladowe oczy... Jezu, jego oczy! Otrząśnij się liz. Mówię sama do siebie. Znowu to zrobiłam. Grrr! Dobra, koniec! Liz! No! Już! Stop!
-Cześć. - Podałam nowemu rękę, a on ją uścisnął delikatnie tak, jak Cass.
-Cześć, jestem Justin Bieber. - W końcu nam się przedstawił, a mnie zaczęły atakować wspomnienia.
Justin Bieber? Kim ty jesteś? Ostatnio mam dziwne myśli. Muszę się uspokoić, koniecznie.
-Mogłybyście mnie oprowadzić? - Zapytał nas Justin. Jego spojrzenie było takie... Przerażające. Wydawał się być miłą osobą, ale jego oczy sprawiały, że czułam się, jakbym stała przed wcieleniem zła.
-Pewnie! - Z radością pisnęła Cass, na co ja automatycznie zaczęłam się pocić, moje dłonie zaczęły się trząść, a nogi miałam, jak z waty. Bałam się. Po prostu się go bałam.



Od autorki: Wiem, że nudne, niestety takie są początki. Szybko wprowadziłam Justina jak widać, przeciąganie tego moim zdaniem byłoby bez sensu. 

14 komentarzy:

  1. Swietny rodzial czekam na nn ;3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. JEZUJEZU, KC <3
      POSTARAM SIĘ JAK NAJSZYBCIEJ! CIESZĘ SIĘ, ZE KTOŚ TO CZYTA!

      Usuń
  2. Jaki nudny, co ty gadasz? Świetny, kocham takie opowiadania! Niby źle się ciąć, ale lubie jak dziewczyna w opowiadaniu się tnie. Czekam na kolejny <3

    OdpowiedzUsuń
  3. nie wiem czy tak się da, ale zakochałam się w tym opowiadaniu od pierwszego rozdziału <3 jest cudne! czekam na następny rozdział :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Podoba mi się : ) Chcę kolejny *_*

    OdpowiedzUsuń
  5. Zajebiście piszesz a ja kocham czytać

    OdpowiedzUsuń
  6. Tak jak obiecałam - jestem:) Przeczytałam rozdział i uważam, że jest niezły, nawet bardzo dobry! Masz ładną barwę pisma, skromnie przyznam, że nieco podobną do mojej, przez co w sumie dobrze mi się to czyta. Pewnie będę wpadała wcześniej, ale czekam na rozwój akcji i oczywiście NN. Weny ;3

    OdpowiedzUsuń
  7. ASDFGHJKJRERTYU świetny

    OdpowiedzUsuń